teide w marcu
Afryka, choć nie dzika, wzywa mnie. Po listopadowym braku możliwości wspiecia się na najwyższy szczyt Hiszpanii, 21 marca o 7 rano Ryanair wzniesie się że mną w powietrze i pomknie do Stansted, gdzie przesiadam się w samolot na Teneryfe. Po wylądowaniu spotykam się z Renia, wsiadamy na skuter i zaczynamy eksploracje wyspy. Tym razem będziemy tylko w duecie. Trzymajcie kciuki Wszystko poszło zgodnie z planem. Wyrobiłem się na samolot (miałem jeszcze ponad kwadrans zapasu), i opuscilem zimna Polskę. Trochę tylko niewyspany byłem, gdyż, zamiast spać, wczoraj wieczorem pojechałem (oczywiście pociagiem) na piwo do Wrocławia, gdzie spotkałem się z ciocia Ola z Paryzewa. Po wylądowaniu w Stansted poszedłem na mały spacerek i wróciłem na lotnisko, poczytać powieść. W końcu wsiadłem w swój samolot i trochę czytając, trochę spiąć doleciałem na Teneryfa. Słoneczna afrykańska wyspa przywitała mnie deszczem. Pomyślałem, że jest to ironią losu, by marznąć na skuterze. Poczekałem chwilę na Renie, któ...