Wildspitze na Wielkanoc, zmiana planow, zagrożenie lawinowe

 Wyjazd w Wielki Czwartek wieczorem. 

W przeciwieństwie do porywczych turystów, z ciężkim bólem serca, podjęliśmy decyzję, iż jest zbyt duże ryzyko w Alpach. Napadało sporo śniegu, zagrożenie lawinowe- trójka. Polskie Tatry zamknięte dla turystów, a w piątce ludzie są uwięzieni przez zwały śniegu i będą ewakuowani śmigłowcem. Zmieniliśmy plany. Święta spędzimy na wschodzie, we Lwowie. Wsiadamy w pociąg. Planowo 22.51. Realnie pociąg przyjechał po północy. Daleko nie dojechaliśmy, bo zepsuł się pod łęczycą. Po kilku godzinach stania, lokomotywa spalinowa dowiozła nas do Zgierza, gdzie miała czekać na nas lokomotywa, ale nie czekała, to my czekaliśmy na nią. Po podpięciu lokomotywy, też nie ruszyliśmy, bo pojawił się problem z hamulcami. pozniej okazalo się, że pocoąg został... rozwiązany. Dojechaliśmy tylko do Krakowa. W sumie, do przemyśla, zamiast o 8 rano, dotarliśmy o 19. 11 godzin spóznienia, więc nie wyrobiliśmy się na pociąg do Lviv. Renia szukała alternatywnych rozwiązań, ja zdałem się na ślepy los. wysiedliśmy w Przemyślu, poszliśmy na "czuja", wsiedliśmy w marszrutkę, tfu, w busik, bo choć to wschód, to jednak Polska, ruszyliśmy na granicę. Już w busiku zaprzyjaznilismy się z polako ukraincem, który zawiózl nas pod sam hotel. Kupiliśmy mały prowiant i zameldowaliśmy się w hotelu. Hurra, idziemy spac.

Rano ruszyliśmy zwiedzać





Nie byłbym sobą, gdybym nie znalazł wzgórza...

 

 






Poszliśmy do Kryjówki. Po znalezieniu ukrytej i nieoznakowanej knajpki, podalismy haslo i weszliśmy do środka. Niespodziewałem się, że to ostatnia część naszego zwiedzania. Emocje i zmęczenie spowodowały, że wypicie dwóch piw zakończyło zwiedzanie.połowa z nas nie pamięta nawet drogi do hotelu



Rano zjedliśmy śniadanie. Ustaliliśmy, że poleżymy do 11, może kac przejdzie. Ibuprom pomógł. Ruszyliśmy do bazyliki, świętować dzień Zmartwychwstania
Po mszy poszlismy na herbatkę, coś przekąsić i ruszyliśmy dalej zwiedzać. Idąc w stronę pałacu potockich, wpadliśmy na pomysł, by obejrzeć operę od środka. Kupiliśmy bilety na Natalkę (Наталка Полтавка). Historia o miłości, która wygrywa mimo przeciwności losu. Po spektaklu poszliśmy na kolację i do hotelu.








W poniedziałek rano poczuliśmy się jak w Krakowie na ulicy Brackiej. Padał deszcz. Zjedliśmy śniadanie I poszliśmy do łózka, przeczekać. Chwilę przed południem odpuściliśmy hotel i udaliśmy się do Lwowskiego mini zoo. Choć opinie w necie były mieszane, my raczej zadowoleni byliśmy. Najbliższe prawdziwe zoo, znajduje się 50km dalej, ale na to już nie mieliśmy czasu. Z zoo poszliśmy do restauracji i na dworzec. Wsiedliśmy w pociąg, pełna wygoda, kuszenie 4 osobowe i ruszyliśmy na zachód. Koniec przygody.

Podsumowanie: życie we Lwowie toczy się normalnie. Knajpy, rynek, trolejbusy, czy tramwaje, wszędzie pełno ludzi






Polecam marszrutkami do granicy, a pozniej polskim busikiem. 1. Taniej. 2. Szybciej

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

14, 15, 16 maja. Murowaniec, Kościelec, Świnica, Kasprowy

14.08 szwajcaria. Dufourspitze

urodziny (45 i 40) MULHACEN 14-20 listopada